Ilekroć w ustach polityka lub samorządowca pojawia się zwrot „zrównoważony rozwój” staję się czujniejszy, a moja nieufność narasta z każdą chwilą…
Nieszczerze przyznam, że coraz częściej, kiedy słyszę hasło „zrównoważony rozwój”, zaczynam się zastanawiać, czy rzeczywiście chodzi o dobro ludzi i przyszłość naszej planety, czy może znaleziono po prostu wyjątkowo elegancki sposób na opakowanie zwykłego zaciskania pasa.
Bo przecież sama idea brzmi rozsądnie. Dbać o środowisko, nie marnować zasobów, ograniczać zanieczyszczenia, myśleć o przyszłych pokoleniach. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby żyć w świecie pełnym odpadów, zanieczyszczonej wody i powietrza, którego nie da się normalnie oddychać?
Problem zaczyna się wtedy, gdy od pięknych deklaracji przechodzimy do codziennego życia.
Nagle okazuje się, że pod szyldem odpowiedzialności i ekologii można uzasadniać kolejne wydatki, droższe rozwiązania, ograniczenia i oszczędności. Człowiek słyszy, że musi zmienić swoje przyzwyczajenia, zapłacić więcej i zaakceptować kolejne utrudnienia, bo przecież wszystko robimy dla wspólnego dobra.
Tylko że w tym miejscu pojawia się bardzo proste pytanie: kto właściwie ponosi koszty, a kto czerpie z tego największe korzyści?
Bo jeśli zwykły człowiek ma kupować drożej, przedsiębiorca ma ograniczać wydatki, pracownik ma wykonywać więcej zadań za te same pieniądze, a firma na końcu chwali się poprawą efektywności i wyników finansowych, to trudno nie zapytać, czy rzeczywiście chodzi o zrównoważony rozwój, czy po prostu o zrównoważenie rachunków tak, żeby zgadzały się przede wszystkim po stronie zysków.
I właśnie tutaj zaczyna się problem z tym całym sloganem.
Oszczędzanie nie jest niczym złym. Złe jest udawanie, że każda oszczędność automatycznie służy społeczeństwu i środowisku.
Można ograniczyć marnotrawstwo i rzeczywiście osiągnąć coś dobrego. Można inwestować w energooszczędne technologie, naprawiać zamiast wyrzucać, produkować trwalsze towary i rozsądniej gospodarować surowcami. To są konkretne działania, których efekty da się ocenić.
Ale można też pójść na skróty: obniżyć jakość produktu, przerzucić koszty na klienta, ograniczyć zatrudnienie, a następnie opowiedzieć wszystkim, że właśnie wykonaliśmy kolejny ważny krok w stronę odpowiedzialnej przyszłości.
I wtedy ekologia staje się nie celem, lecz wygodnym argumentem marketingowym.
Niepokoi mnie również to, że modne hasła coraz częściej zastępują zwykłą, uczciwą rozmowę. Zamiast pokazać liczby, koszty, korzyści i możliwe konsekwencje, wystarczy użyć odpowiednich słów. Kto zapyta o sens konkretnego rozwiązania, może zostać uznany za przeciwnika postępu albo kogoś, komu nie zależy na przyszłości planety.
A przecież pytanie o skuteczność nie oznacza sprzeciwu wobec ekologii. Wręcz przeciwnie — jeśli coś ma służyć wspólnemu dobru, powinno wytrzymać rzetelną ocenę i niewygodne pytania.
Nie każde droższe rozwiązanie jest oszustwem. Nie każda oszczędność jest wyzyskiem. Nie każda ekologiczna inicjatywa jest przykrywką dla interesów biznesowych. Ale też nie każde działanie opatrzone zielonym logo i szlachetnym hasłem automatycznie zasługuje na zaufanie.
Dlatego zamiast bezrefleksyjnie zachwycać się sloganami, powinniśmy pytać o konkrety.
Ile to naprawdę kosztuje? Jakie przynosi korzyści? Kto za to płaci? Kto na tym zarabia? Czy środowisko rzeczywiście zyskuje, czy tylko zmienia się sposób przedstawiania kosztów?
Bo prawdziwie zrównoważony rozwój powinien uwzględniać nie tylko środowisko i gospodarkę, ale również zwykłego człowieka. Jego możliwości finansowe, warunki pracy, dostęp do podstawowych usług i prawo do życia na godnym poziomie.
Nie może być tak, że odpowiedzialność za przyszłość świata spada przede wszystkim na tych, którzy mają najmniej do powiedzenia i najmniej pieniędzy, podczas gdy ci najwięksi ograniczają swoje wydatki, chronią marże i chętnie przypisują sobie zasługi za odpowiedzialne działania.
Nie potrzebujemy kolejnych pięknych sloganów. Potrzebujemy przejrzystych zasad, uczciwego podziału kosztów i konkretnych rezultatów.
Bo ostatecznie nie chodzi o to, żeby coś nazywało się zrównoważonym rozwojem.
Chodzi o to, żeby rzeczywiście było zrównoważone — dla środowiska, gospodarki i ludzi.
A teraz jestem ciekawy Waszego zdania.
Czy Waszym zdaniem zrównoważony rozwój jest rzeczywistą drogą do lepszej przyszłości, czy też w wielu przypadkach stał się wygodnym hasłem, pod którym można ukryć zwykłą walkę o koszty, zyski i wpływy?
Rozmawiajmy o konkretach. Bez etykietek, bez sloganów i bez udawania, że samo powtarzanie pięknych słów rozwiąże nasze problemy.
mrf.
